Czasem marzenia muszą trochę poczekać, zanim staną się
rzeczywistością. Moje pierwsze marzenie hodowlane dotyczyło dogów
niemieckich – tych wspaniałych, majestatycznych psów o ogromnym
sercu. Ich charakter zawsze mnie zachwycał, ale niestety mają jedną
wadę… żyją zbyt krótko. Kiedy odszedł nasz trzeci dog, wiedziałam, że to
nie był jeszcze ten moment na hodowlę. Były dzieci, dom, studia –
życie pędziło, a ja odłożyłam swoje marzenie na później. Ale jedno
pozostało niezmienne – brak psa w domu.
I wtedy los podarował mi coś wyjątkowego. W prezencie dostałam
papillonka o imieniu Farkuad – „odrzut” z hodowli. Nie chodził na
smyczy, bał się ludzi, ogonek miał postawiony jak chorągiewkę, a gdy
próbowałam wziąć go na kolana – warczał. Ale wiecie co? Od
pierwszego dnia go pokochałam. Postanowiłam, że dam mu szansę
i pokażę, że człowiek może być dobry.
Krok po kroku, z cierpliwością i sercem, zaczęliśmy wspólną drogę.
Nauczył się chodzić na smyczy, zaufał ludziom, przestał warczeć…
a kolanka stały się jego ulubionym miejscem na świecie. Ten mały
piesek, którego ktoś wcześniej nie chciał, stał się moim przyjacielem,
cieniem i radością każdego dnia. Kiedy skończył dziewięć lat i nagle
odszedł, serce pękło. To był dramat, żal i łzy. Ale też… przebudzenie. To
właśnie miłość do tej rasy sprawiła, że wróciłam do swojego marzenia.
Tak narodziła się hodowla Papidej – hodowla z miłości, pasji
i dziecięcych marzeń.
Najpierw pojawił się Vigorek – nasz Księciunio. Najmniejszy z miotu, ale
z największym sercem. Od razu wiedziałam, że to on. Potem dołączyła
do niego dziewczynka – Omisia, chwilę później Dianka – bo przecież
papillonki występują w trzech kolorach, a my chcieliśmy, żeby nasza
rodzina była pełna.
Dziś prowadzimy hodowlę razem z mężem, Sławkiem. Uzupełniamy się,
wspieramy i oboje mamy to samo podejście – psy są częścią naszej
rodziny.